Tak niewiele trzeba, by znaleźć się w poważnych tarapatach. Wystarczy, że wpadniesz w objęcia nieodpowiedniej kobiety. Takiej, której mąż obraca się w wyższych sferach...
Autor: Baru
Tytuł: „Autostrada słońca” (w oryginale „L’Autoroute du soleil”)
Główne postaci: Karim (zafascynowany latami pięćdziesiątymi 22-latek rozglądający się za pięknymi pannami), Alexandre (nieopierzony młokos, który za chwilę przeżyje swą pierwszą wielką – pod różnymi względami - przygodę), Raoul Faurissier (działacz Francuskiego Ruchu Narodowego) oraz Rene Loiseau (w sumie przypadkowy koleś; znacznie ważniejszy niż on – przynajmniej na początku - jest jego samochód).
Objętość: coś koło 440 stron (tak, coś koło 440 stron!)
Wydawca: Timof i cisi wspólnicy
„Autostrada słońca" to kolejna cegiełka dołożona przez edytora lubującego się w wydawaniu komiksów liczących setki stronic - by wspomnieć „Habibi”, „Zagubione dziewczęta” czy „Małe zaćmienia”. I właśnie z tym ostatnim albumem miałem skojarzenia, czytając „Autostradę słońca”. Tam mieliśmy historię o dobrych szóstce przyjaciół. Tu mamy komiks o rodzącej się przyjaźni. Tam mieliśmy historię, gdzie spod prostych rzeczy wychodzą zdrady i stare rany. Tu komiks zaczyna się od zdrady. A jej miejsce na kolejnych planszach zajmują zwykłe rzeczy. Niby na odwrót, ale autorom tych dwóch komiksów udało się wytworzyć podobną atmosferę. I „Małe zaćmienia”, i „Autostrada słońca” są niby niespieszne, ale jednocześnie pełne zwrotów w akcji.
W „Autostradzie słońca” winowajcą jest Karim. Już na początku ładuje się nie do tego co trzeba łóżka, nie w tym co trzeba czasie i nie z tą, co trzeba (no bo kto postawi się komuś takiemu jak Faurissier?). Jedynym sposobem na unikniecie batów jest ucieczka, w którą przypadkowo wkręcony zostaje też Alexandre. Dwóch kolesi dzieli wszystko. Pierwszy łamie damskie serca. Drugi dopiero rozgląda się za pierwszą miłością. Ale z każdą kolejną planszą stają się coraz lepszymi kumplami. Razem „siedzą w gównie”, czując na ogonie prawicowych popaprańców Faurissiera, policjantów, handlarzy narkotyków oraz wkręconych w intrygę tirowców.
Z bohaterami komiksu Baru przemierzamy Francję pociągami, kradzionymi samochodami, stopem, na piechotę. Nancy, Lyon, Villefranche… Każdy z przystanków znaczony jest kolejnymi przelecianymi panienkami i kolejnymi kłopotami. Właściwie każdy rozdział (jest ich piętnaście) oznacza też kolejnych freaków – by wspomnieć napalonego geja, który zabiera ich na stopa czy „Kwiatka” mieszkającego na odludziu w górskim miasteczku, dilerów z blokowiska. Gdzieś koło dwusetnej strony na scenę wraca też Rene Loiseau, odgrywając (dosłownie) istotną rolę drugoplanową. Karim i Alexandre są jak pionki w grze, której scenariusz pisze Faurissier. Kto kogo przechytrzy? Kto na im wywrze większy wpływ? Kto zdobędzie większy krąg sprzymierzeńców? Kto komu wejdzie w drogę w najmniej spodziewanym momencie?
Baru za swój komiks zgarnął m.in. nagrodę Alph’Art w 1996 roku. Tak, to nie pomyłka. Komiks ten ma już blisko 20 lat! Nie zestarzał się jednak. W pozornie banalnej fabule jest to „coś”. Cóż to jest? Cóż jest ponadczasowe? Proszę to odkryć. Najlepiej pochłaniając „Autostradę słońca” na raz.
|
autor recenzji:
Mamoń
09.06.2015, 13:33 |